Dariusz Zdziech

Dariusz Zdziech jest historykiem, absolwentem Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Absolwent szydłowieckiego liceum im. H. Sienkiewicza.

            Od urodzenia mieszkam w Szydłowcu. Po ośmioletniej edukacji w szkole podstawowej im. Jana III Sobieskiego w Szydłowcu zdecydowałem się złożyć swoje dokumenty do tutejszego liceum im. H. Sienkiewicza. Profil biologiczno – chemiczny wydał mi się najbardziej odpowiednim, gdyż planowałem w późniejszym czasie rozpocząć studia hotelarsko – gastronomiczne.

Po zdaniu egzaminów wstępnych zostałem uczniem szydłowieckiego liceum. Już po rozpoczęciu nauki w tymże liceum okazało się, że na pierwszym roku o profilu biologiczno – chemicznym znalazło się prawie 10 osób z mojej klasy 8 „e” szkoły podstawowej. Sprawiło to, iż w nowej szkole poczułem się bardzo dobrze. Naszą wychowawczynią została nauczycielka języka francuskiego, pani Boruszewska. Muszę przyznać, że początki były ciężkie. Trudno było przeskoczyć ze szkoły podstawowej do szkoły średniej, gdzie profil biologiczno – chemiczny uważano za najbardziej wymagający. Na szczęście dzięki tylu starym znajomym z podstawówki, ciężkie początki szybko minęły. Nowi nauczyciele okazali się przystępni choć wymagający. Jak w każdej grupie także wśród nauczycieli znaleźli się tacy, z których można brać przykład. Zawsze najbardziej pamięta się tych, którzy nie tylko uczyli ale i wychowywali. To ich nauki pozostają najdłużej w pamięci. Ich przykład pomagał w trudnych chwilach. Szkoła średnia to nie tylko nauka. W  szydłowieckim liceum odbywały się imprezy związane ze świętem naszego patrona Henryka Sienkiewicza, różnego rodzaju akademie przypominające młodym Polakom o ważnych rocznicach naszej ojczyzny. Można było rozwijać swoje talenty muzyczne na zajęciach chóru szkolnego, gdzie uczęszczałem. Dla miłośników sportów drużynowych odbywały się tak zwane SKS-y, dzięki którym mogłem brać udział w regionalnych zawodach koszykarskich.

Bardzo ciekawym przeżyciem i doświadczeniem, jakie wyniosłem z liceum były wyjazdy organizowane przez nauczyciela geografii pana Piwowarczyka. Tam to można było zdobyć umiejętności młodzieżowego organizatora turystyki pieszej, nauczyć się znajdować drogę do celu w nieznanym otoczeniu, wędrować na azymut oraz zajmować się młodymi amatorami turystyki pieszej.

            Przez cztery lata nauki w liceum im. Henryka Sienkiewicza znalazły się i chwile, by wraz z dwoma kolegami z klasy rozkręcić szkolny węzeł radiowy. Podczas przerw nadawaliśmy różnego rodzaju piosenki o jakie prosili uczniowie. Nie najcichsza muzyka była sprawdzianem wytrzymałości i cierpliwości naszych nauczycieli. W drugiej klasie liceum pan Kozioł zaczął uczyć naszą klasę historii. Ta osoba zaszczepiła we mnie bakcyla Historyka szukającego prawdy w różnorakich źródłach.

            Następne dwa i pół roku, to ciągłe zajmowanie się Historią. W naszej klasie zostałem nazwany specjalistą od spraw Historii. Nie było to tak trudne w profilu biologiczno – chemicznym, przyszłych lekarzy, stomatologów, analityków czy biologów.

Czwarta klasa to rozpoczynające się przygotowania do studniówki. Dowiedzieliśmy się iż nasza wychowawczyni, dotychczas bardzo dla nas wymagająca, we właściwym momencie potrafiła nas bronić, jak własna matka. Matura przeszła dobrze, a nawet bardzo dobrze. Pożegnanie z liceum w Szydłowcu było trudne. Tylu przyjaciół, znajomych rówieśników żeganło się utartym „na razie”, jeszcze nie zdając sobie sprawy, że z niektórymi z nich nie zobaczymy się nawet po pięciu latach.

Studia dzienne w Uniwersytecie Jagiellońskim na kierunku Historia, to kolejna szkoła życia. Jakże ważna dla młodego człowieka wchodzącego w świat pełen pytań, w którym konsekwencje każdej decyzji ponosi się na własnej skórze.

Na tymże Uniwersytecie w Kole Naukowym Historyków Studentów założyłem Sekcje Historii Australii i Oceanii. Grupuje ona studentów krakowskich uczelni zainteresowanych Australią i Oceanią w różnorakich jej aspektach. Obecnie przygotowując pracę magisterską na temat polskich dzieci z Pahiatua (Nowa Zelandia) stworzyłem projekt naukowy, w trakcie którego na terenie Nowej Zelandii przeprowadziłem kwerendę źródłową, bibliograficzną i prasową wśród tamtejszych archiwów oraz bibliotek. Udało mi się także przeprowadzić kilka wywiadów z mieszkającymi tam od sześćdziesięciu lat Polakami.

            Po ataku ZSRR na Polskę 17 września 1939r., zostali wywiezieni z rodzicami na Syberię. Stamtąd ci co przeżyli, dostali się z armią gen. Andersa do Iranu. Z dawnej Persji na zaproszenie rządu Nowej Zelandii 732 dzieci, w tym co najmniej połowa sierot, trafiło do Pahiatua. Obóz ten miał być miejscem odpoczynku i wytchnienia dla małych Polaków do zakończenia wojny. Niestety układ jałtański doprowadził do rządów komunistów w Polsce. Dlatego Polskie dzieci z obozu w Pahiatua (Nowa Zelandia) postanowiły nie wracać do ojczyzny okrojonej, którą władali komuniści. Nowa Zelandia udzieliła im gościny sześćdziesiąt lat temu za co są jej wdzięczni do dzisiaj.

Aotearoa czyli kraj długiej, białej chmury, jak nazwali go Maorysi, pierwsi mieszkańcy tych wysp był ostatnio plenerem filmu „Władca Pierścieni”, w grudniu na ekrany kin wejdzie kolejny film tamże nakręcony „King Kong”.

W takich krajobrazach żyją polskie dzieci z Pahiatua, nigdy nawet przez chwilę nie zapominając o kraju, w którym się urodzili, o Bogu i o języku swoich ojców i dziadków.

 Dariusz Zdziech

 


 

[powrót]